W tłusty czwartek chwilę po dwudziestej zadzwoniła do mnie mama, żebym wracając z rehabilitacji kupiła pączki. W tłusty czwartek, po ósmej wieczorem. Mission impossible. Zapomniałyśmy, że jest tłusty czwartek, skończyło się więc na rurkach z kremem, chipsach i piwie. Taki tłusty czwartek.
O walentynkach zapomnieć nie jest mi dane, co chwilę ktoś w otoczeniu przypomina. Mam więc dla Was pewne przemyślenia wokół, tak przy okazji tej okazji.

Forever alone

Znam wiele wspaniałych dziewczyn, które od lat – a czasami od zawsze – są same. Piszę dziewczyn, choć dotyczy to także chłopaków, ale problem o którym chcę powiedzieć, mam wrażenie u facetów istnieje rzadziej.

Taka – powiedzmy – Marysia ma wielu dobrych znajomych, kolegów, koleżanki, przyjaciół. Rzadko jednak można zobaczyć ją w towarzystwie jakiegoś adoratora, mimo że koledzy ją lubią, z wyglądu też jest niczego sobie. W zasadzie nic jej nie brakuje i na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć, dlaczego ciągle jest sama. Przecież to taka dobra, fajna, miła dziewczyna. Doskonała kandydatka na żonę.

No właśnie.

 

Mężczyźni kochają zołzy

Tak naprawdę nie sądzę, że kochają zołzy. Nie o to chodzi. Nikt z nas nie lubi jednak presji. Spotykając osobę, która z nikim się od dawna (lub od zawsze!) nie spotyka, łatwo poczuć ciężar „wyjątkowości” relacji, na którą czeka. A oczekiwania – nawet te niewypowiedziane – to na wstępie coś, co zabija. Ryzyko poniesionej porażki, ranga zranienia, jakiego może doznać druga osoba, odczucie że to od razu takie „ważne”, poważne i wyjątkowe – to bardzo rzadko wolność, lekkość i radość ze spędzania razem czasu, o której z pewnością marzy wielu mężczyzn. Zaangażowanie, decyzja – to pojawia się później. Na początku jest przygoda, miło (nie miłość!), zabawa. Coś w stylu: zobaczymy co będzie dalej.

Tylko po co, skoro wiem od razu, że to nie ma sensu?

Z wielu powodów. Po pierwsze – nigdy nie wiesz. Ileż to małżeństw zrodziło się z relacji, które na nic poważnego się nie zapowiadały, były wręcz zabawą, igraszką. Często to wolność, brak oczekiwań, brak presji  dobrego wrażenia – także wywieranej na sobie samym – pozwala być sobą, otwierać się na innych i dać się zaskoczyć, że ten, o kim bym w życiu nie pomyślała, to najlepszy partner życiowy, jakiego nawet bym sobie nie wyobraziła.

Po drugie – żeby spuścić powietrze. Z samych siebie. Gdy wychodzę z założenia, że mogę spotykać się z kimś, z kim na wstępie wiem, że nie chcę mieć dzieci, od razu podchodzę z mniejszą presją także do tych „poważniejszych” relacji, względem których mam jednak przypuszczenia, że mogą stanowić coś bardziej trwałego. A ten większy luz pomaga także drugiej stronie i zwiększa nasze szanse na udany związek.

Po trzecie – żeby weryfikować nasze wyobrażenia vs. rzeczywistość. Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby spotykać się z kimś, kto absolutnie nie leży w naszych ramach dopuszczalnego zachowania, czy totalne rezygnowanie ze „standardów” wedle myśli – taki, siaki, byle był. Nie. Jednak tkwienie w wyobrażeniach jaki to on (bądź ona) być „powinni”, bez realnego poznawania człowieka, może doprowadzić do czekania na księcia na białym koniu lub wypatrywania księżniczki o złotych włosach długości czterech kondygnacji, którzy nie tylko nie istnieją, ale prawdopodobnie gdyby istnieli musieliby nas rozczarować. Co byśmy bowiem zrobili z takim koniem w centrum miasta – schować nie ma gdzie, a dodatkowo ciągle trzeba sprzątać jego cuchnącą ubikację. O pielęgnacji 20-metrowych włosów nawet nie myślę – spróbujcie sobie wyobrazić czekanie pod drzwiami łazienki, aż wasza piękność skończy poranną toaletę.
Gdy zaczniesz się z kimś spotykać naprawdę, dość szybko dowiesz się, że większość mężczyzn zostawia skarpetki pod łóżkiem, twój wybranek prawdopodobnie nie opuszcza deski  od kibla, a w piątkowy wieczór najchętniej po prostu napiłby się piwa. I przekonasz się, że nie ma w tym nic złego, mimo że chętnie byś zmieniła te czy inne drobiazgi. Da się z tym żyć, to nie koniec świata.

Po czwarte – po prostu żeby poznać tego człowieka, spędzić miło czas, ubogacić się wzajemnie. Nie z każdą osobą musimy od razu zostać do końca życia, żeby ta relacja miała sens. Wielu naszych znajomych to ludzie, którzy towarzyszą nam przez jakiś czas a później nasze drogi się po prostu rozchodzą. Czy to oznacza, że te znajomości były bez sensu? Niekoniecznie. Jesteśmy wypadkową zdarzeń i ludzi, których spotykamy przez całe życie, każdy człowiek coś wnosi w nasze życie, coś dla siebie z naszego zabiera. Można podejść do tego na smutno i sentymentalnie, albo cieszyć się czasem, który jest nam dany. Że będzie czasem trochę smutno i nawet zaboli? Będzie. Ale szczęście to nie to samo co bezustanna radość i wesołość. Bez smutku nie ma głębokiej, wewnętrznej radości 😉

 

Dwie uwagi na koniec

Zachęcając bardzo serdecznie do wchodzenia w relacje „bez dalekiej przyszłości” muszę nadmienić dwie ważne rzeczy. Po pierwsze bardzo istotne jest, żeby wyczuć moment, kiedy to „bezproduktywne” spotykanie się należy zakończyć. Nie ma złotej reguły. Naturalne, im dłużej, tym większe przywiązanie i zaangażowanie. Będzie coraz trudniej podjąć decyzję o tym, by nie brnąć dalej. Tu potrzeba dużej wrażliwości, uważności i weryfikacji własnych pragnień i pobudek. W jednej relacji to będą 2 randki, innym razem 18.

Musimy też mieć mocno na względzie, jak do naszej znajomości podchodzi druga strona. Jeśli dla niej/niego trzecia randka oznacza zaangażowanie i myślenie o ślubie, to może powinniśmy poprzestać na uprzejmej wymianie spojrzeń w autobusie. Jeśli jednak obie strony szczerze i uczciwie ze sobą rozmawiają i stopień zaangażowania jest współmierny, to możemy spokojnie, bez ciśnienia, koncentrować się na dobrym czasie, spędzanym razem. Pamiętając jednak, że druga strona też ma uczucia i czasami dla dobra sprawy, należy wycofać się wcześniej, niż nam się wydawało to konieczne.

 

Zatem spotykajmy, kochajmy i wycofujmy się! Z luzem,  głową i odwagą 🙂

Peace&love <3

Smutek