Wpadłam do mieszkania i pierwsze co zrobiłam, to wskoczyłam pod gorący prysznic. Tak, teraz, pod koniec czerwca, gdy temperatury sięgają zenitu i w ciągu dnia zastanawiasz się, ile kilogramów lodu potrzeba, żeby dało się żyć. W torbie miałam portfel, klucze, chusteczki higieniczne, strój na siłownię, butelkę z odrobiną wody, zapałki i papierosy. Nie palę, pierwszy raz w życiu kupiłam fajki. Wypaliłam chyba 2 albo trzy.

Nie usłyszałam dobrze, jak miała na imię. Mówiła bardzo cicho i zdawkowo. Urywane słowa, jakieś połówki zdań z częstotliwością jedno na 6-7 minut. Trudno mi coś z tego posklejać. „Kiedy miałam dziesięć lat polizałam gówno.” „Oddałabym pani za fajki, ale nie mam pracy”. „Zastanawiam się, czy to się dzieje naprawę, czy mam schizofrenię”. „Kiedy się urodziłam, wyglądałam jak świnia”. „Przeraża mnie to miasto.” „Ciągle się boję, że ktoś chce mnie skrzywdzić.” „Zdradził mnie chłopak.” „Ma pani w sobie dużo empatii, nie zasłużyłam sobie na to.” „Jestem ubezwłasnowolniona intelektualnie.” „Czy zdarzyło się, że ktoś panią do czegoś zmuszał, czego pani bardzo nie chciała robić i co robiło pani krzywdę?” „Ładne ma pani buty.” „Czy myśli pani że da się jakoś poskładać to życie?”

To nie wszystkie zdania. Wszystkie były tak samo nieskładne. Uzbierało się ich całkiem sporo, ale między nimi były długie minuty ciszy. Jedyne co z nich wynika, to jakaś forma cierpienia. Z wyrazu twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Może rodzaj choroby psychicznej? Może bardzo głęboka krzywda? Ciągle chrząkała i wyglądało, jakby chciała coś powiedzieć, ale jedno burknięcie zajmowało jej dobrych kilka minut. Nie wiedziałam jak zareagować. Czekać, patrzeć w przestrzeń, zadawać pytania? Zadzwonić na policję? Może ktoś jej szuka? Gdzie spędzi noc?

 

Wracałam właśnie z planszówek, przyjemny wieczór, miałam ochotę iść na spacer na Wały, ale uświadomiłam sobie, że muszę być jutro w formie. Gdzieś z tyłu głowy miałam, że będę przechodziła koło Hormona, może akurat spotkam kogoś znajomego i jednak wejdę na chwilę, w końcu piątek piąteczek piątunio. Tuż przed Grunwaldzkim zobaczyłam siedzącą na murku dziewczynę, z wielką walizką przy boku. Wyglądała jakoś niemrawo. Przeszłam obok i poszłam dalej. Ale coś mnie zatrzymało. Wróciłam zapytać, czy wszystko w porządku. Spojrzała na mnie tak, że zastanawiałam się, czy mówi po polsku. Może nie zrozumiała pytania. Zapytałam jeszcze raz, wyraźniej. Czy wszystko w porządku, czy mogę jej jakoś pomóc. Bardzo cicho i niewyraźnie zapytała, czy nie mam poczęstować jej fajką. Nie miałam. Przeprosiłam, zapytałam, czy coś innego mogę dla niej zrobić, nie było reakcji, więc poszłam dalej.

Kilkadziesiąt metrów dalej była Żabka. Jeszcze otwarta, weszłam, kupiłam najtańsze kliki i zapałki, kiedy wyszłam, zasunięto sklepowe rolety.

Co miałam w głowie? Nie wiem, że może rozstała się z chłopakiem i potrzebuje się komuś wygadać. Obcemu prościej. Że może jak jej teraz nie pomogę, to spróbuje popełnić samobójstwo. Że może potrzebuje po prostu czyjejś obecności.

Nie wiem, czy czegokolwiek potrzebowała. W międzyczasie zaczął padać deszcz, przeniosłyśmy się pod czyjś balkon, postałyśmy jeszcze chwilę, ręce coraz bardziej trzęsły jej się z zimna. Myślałam intensywnie – nie wiem, czy lepiej milczeć, czy mówić. Dać jej czas, skierować do jakiegoś ciepłego miejsca, zadzwonić na Policję? (jeśli rzeczywiście jest ubezwłasnowolniona, to chyba ktoś powinien się nią opiekować?) – Ktoś się panią opiekuje? Ktoś może pani szukać? Ma pani gdzie spędzić noc? (całą rozmowę sobie paniowałyśmy, mimo, że podałam jej rękę i przedstawiłam się z imienia). – Nikt. Nie mam gdzie.

W końcu sobie poszłam. Nie znalazłam lepszego wyjścia. Dałam jej ulotkę naszych czwartkowych spotkań (uspokajając, że to nie sekta), życzyłam dużo dobrego. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dla niej zrobić. Poprosiłam Ducha Świętego, żeby – jeśli jest – jakoś jej pomógł. Żeby moja obecność w czymś jej pomogła. Nie wiem, czy to tak działa, ale chyba lepiej spróbować.

Wróciłam do domu dwie godziny później. Ciągle nie wiem, co o tym myśleć.