Na pewnej grupie facebookowej, ktoś rzucił pytanie: kiedy najlepiej pisze wam się teksty na bloga? Padły odpowiedzi takie jak: w nocy, wieczorem, kiedy uśpię dzieci, gdy jestem na bieżąco z jakimś tematem itp. W mojej głowie od razu wybrzmiało: wtedy, gdy powinnam robić coś innego, a najlepiej, gdy właśnie powinnam odejść od komputera i gdzieś wychodzić.

Tak też czynię i teraz. Co zrobić – presja czasu i głęboko wkodowana w podświadomość niechęć do robienia tego „co właśnie powinnam” działa na mnie jak najlepszy twórczy motywator. Powiedzcie, że nie macie podobnie 😉

Budzę się o szóstej rano. Wpółprzytomna rozglądam się po pokoju i zastanawiam się, gdzie właściwie jestem, w czyim spałam łóżku. Trwa to jakieś 7 sekund, po których uświadamiam sobie co to za miasto, pokój i u jakich znajomych jestem.

Myślę, że tego uczucia nie zrozumie nikt, kto czegoś podobnego nie doświadczył. Zdarza mi się ono dość często, zwłaszcza gdy okresy błądzenia po Polsce są zintensyfikowane, a zmęczenie zanurza mnie w głęboki sen, po którym dobrą chwilę zajmuje powrót do rzeczywistości.

Nie wiem tak w zupełności co znaczy: feels like home. Jaki dom, czyj dom? Mieszkanie, w którym obecnie przesiaduję, dom rodziców, wynajmowany pokój, czy miasto z którego pochodzę? Wiem, dokąd zawsze wracam, przynajmniej na razie, póki są tam rodzice. Wiem, za czym tęsknię, w każdym z miejsc, które zostawiam po kolei. Zawsze za czymś, zawsze za czymś innym. Nie ma jednego domu, jest tęsknota za każdym miejscem. Jest tęsknota za jednym jedynym, stałym.

 

Nigdy tego nie zrozumiesz, jeśli tego nie masz. Albo nie miałeś. Oscylowanie między jestem tu i teraz a tęsknię za czymś zupełnie innym. Zabawne, czasami najlepiej czuję się w pociągu. Podróże – choć męczące, dają mi złudzenie spokoju, specyficznego bezpieczeństwa, plecaka, w którym mam wszystko, czego potrzebuję i niczego ponad, żeby dało się to unieść.

Uwielbiam rozsiąść się wygodnie na łóżku obłożonym poduchami, zrobić kawę w moim ukochanym kubku, włączyć jakiś serial i przez dwa dni nie wychodzić z domu. Uwielbiam przebywać wśród ludzi, mieć tak obłożony grafik towarzyskich spotkań, że jedyne na co mogę narzekać, to że nie udało nam się znów odbyć kilku ważnych rozmów. Uwielbiam dostawać sygnały, które mówią – lubimy cię, jesteś dla nas ważna, chcielibyśmy się z tobą spotkać. Uwielbiam czuć, że jestem i mogę komuś ofiarować cząstkę siebie właśnie wtedy, gdy tego potrzebuje. Uwielbiam i czasami potwornie tęsknię za tym, żeby mieć więcej czasu dla siebie, żeby nikt nic ode mnie nie chciał, żebym nie miała wyrzutów sumienia, gdy przekładam kolejne spotkanie, a w chwili gdy przeżywam coś trudnego i dla mnie ważnego byli blisko ludzie, na których mogę wtedy liczyć i którym to ja mogę wyrzucić z siebie to wszystko, co mnie boli i doskwiera. Zazwyczaj są.

Czego uczę się koczując co chwilę u innych znajomych, wpadając w odwiedziny i podtrzymując sporo znajomości na odległość? Że ważne jest „to i tu” gdzie jesteś. W tym „tu i teraz”, które właśnie się odbywa. Że łatwiej dawać niż prosić, proszenie jest o wiele trudniejsze, niż się wydaje. Że wszystko ma swoją cenę, każda – najbardziej nawet szlachetna – życzliwość kosztuje. Nawet jeśli ceną jest jedynie mój dyskomfort wdzięczności za czyjeś dobro. Że komunikowanie o swoich potrzebach, szczególnie tak podstawowych jak sen, jedzenie, chwila świętego spokoju czy potrzeba zrobienia prania, bywa mocno krępujące. Że kilometry są mniejszą barierą, niż nam się wydaje i zazwyczaj to od nas zależy gdzie, kiedy i z kim będziemy się widzieć. Że to ode mnie zależy, co przetrwa, a co pójdzie w niepamięć, bo życia nie wystarczy na wszystko, a czekając na podtrzymywanie znajomości z czyjejś strony, nie z mojej, prawie na pewno skazuję ją na porażkę, bo jedyną drogą żeby coś przetrwało są obopólne chęci, muszę więc zaczynać od swoich.

Uczę się, że ludzie mają więcej życzliwości, niż nam się wydaje. Że dom, to nie to, co mieści się w sześciu czy kilkunastu ścianach, a to, co wożę w sobie, w środku. Że dobre są rzeczy uniwersalne 😉 – buty, które można założyć do spodni i do sukienki, bluzka odpowiednia na eleganckie i codzienne spotkanie, sweter, który się nie gniecie i można go rozpiąć, gdy zrobi się za gorąco.

Uczę się, że nigdzie nie będzie mi dobrze, jeśli nie będę miała domu w sobie. I że – nawet jeśli go stworzę – zawsze będę trochę wątpić czy to dobry wybór i trochę tęsknić.

Ktoś, kto nie zmienił miejsca, w którym żyje, choć kilka razy, prawdopodobnie tego nie zrozumie.

Dopóki nie spojrzysz któregoś dnia po przebudzeniu na ścianę pokoju i nie będziesz miał przez moment problemu ze zidentyfikowaniem – gdzie ja jestem – możesz być spokojny. Prawdopodobnie jesteś u siebie.

 

Wpis inspirowany przez www.pozwolesobiewtracic.blogspot.com/2018/01/wszystkie-moje-ucieczki oraz wiele wpisów www.pierwiastki.com