Kątem oka dostrzegłam wiadomość, że Mirek, który rozmawiał z wolontariuszką o miejscu w ośrodku, dostał pracę na Pol’and’rock festiwal, dlatego go nie będzie, ale nadal jest bardzo bardzo zainteresowany i jakby coś się udało, to koniecznie prosi o kontakt.

To ja jestem tą wolontariuszką. Mirek, 42 lata, 18 lat przepracowanych jako górnik. Jest sprawny, zdolny do pracy, ale ma problem z alkoholem. Wie o tym, szuka miejsca w ośrodku. Odwyk. Najbliższe terminy za pół roku. Wie, że nie da rady tak długo, prosi o pomoc. Kiedy to mówi, oczy zachodzą mu łzami, musi przerwać kilka razy, bo nie jest w stanie mówić. Dwa lata temu zmarli mu rodzice. Oboje. Nie wytrzymał tego. Przyznaje, że teraz potrzebuje pomocy, sam nie da rady. To cholernie dużo. Rzadko kto potrafi powiedzieć na głos: nie dam rady. My – domni – mamy z tym równie wielki problem. Powiedzieć – jeśli możesz, proszę, pomóż, sam sobie nie radzę – trzeba mieć naprawdę dużo odwagi.

Każda bezdomność jest trochę inna. Nie zawsze to „żul” który śmierdzi moczem, uważa że wszystko mu się należy, mógłby pracować, ale nie chce, nie robi niczego, by poprawić swoją sytuację.

A mimo tego, nadal wielu ludzi tak myśli.

 

Dlaczego o tym mówię?

Kluczem, do zbudowania wrażliwości, zrozumienia i otwarcia na drugiego człowieka nie są moim zdaniem miliony przeczytanych w internecie opinii czy haseł wypisanych na tych czy innych transparentach. Wychowałam się w „tradycyjnym katolickim domu” i/a jestem przekonana że ani mi, ani żadnemu z mojego rodzeństwa nie przyszłoby do głowy wypisywanie komentarzy pod zdjęciem homoseksualisty, że to grzech sodomski, diabeł wcielony czy w ogóle nawróć się i nie deprawuj innych. I wcale nie chodzi o to, że nasi rodzice patrzą przychylnym okiem na związki jednopłciowe, ani o to, że mamy w poważaniu wybrane fragmenty katechizmu kościoła katolickiego. Po prostu nauczyli nas wrażliwości i tego, że więcej możesz powiedzieć, gdy słuchasz i gdy po prostu robisz to, co do ciebie należy. Naprawdę, w całym chrześcijaństwie najważniejsza jest miłość, nie wytykanie komuś czegokolwiek.

 

Skąd się bierze wrażliwość? Myślę, że z doświadczenia. Kiedy widzisz jak ten konkretny Mirek ma łzy w oczach i przyznaje się, że nie radzi sobie z alkoholem, to nie możesz później po prostu powiedzieć – bezdomni sami są sobie winni, pracy jest wszędzie mnóstwo, tylko im się nie chce pracować, wolą pić. Nie możesz, bo już choć raz widziałeś, że to nie jest takie proste i zero-jedynkowe.

Nie powiesz swojemu koledze gejowi, że jest j*banym pedałem, ani nie pomalujesz w jednorożce sukni na wizerunku Matki Boskiej, którą dostałeś od wierzącej koleżanki z zapewnieniem, że modliła się za ciebie na pielgrzymce. Nie musisz w ogóle w to wierzyć, ani się z tym zgadzać, po prostu jakaś elementarna cząstka wzajemnego szacunku cię przed tym uchroni.

 

Do niczego Was nie przekonam. Ale zachęcam – przestań czytać te bzdury w internecie. Najlepsze, co możesz zrobić, to uczyć siebie i kolejne pokolenia wrażliwości na drugiego człowieka. Nie przez wygłaszane opinie, bo to, czy w nie wierzymy zależy w dużej mierze od naszego wstępnego nastawienia. Jak wrażliwości uczył młodych ludzi Jan Kaczkowski? – Zabierał ich do hospicjum. Tam mieli konkretną robotę do wykonania. A zarazem lepszą szkołę miłości niż jakiekolwiek dyrdymały z ambony.

Na naszą szczecińską Zupę przychodzą dzieci i młodzież w wieku szkolnym. Jestem totalnie spokojna, że im nie będzie trzeba tłumaczyć tego, że żul to też człowiek i że w życiu nie wszystko jest takie oczywiste, jak nam się wydaje.

Zacznijmy budować mosty.

Jakby ktoś chciał, ale nie ma odwagi (piszcie priv) – dziś i w każdy czwartek

Od 17:15 w Manufakturze Dobra, a od 18:30 na Placu Tobruckim: Spotkania przy Zupie.