Miałam napisać ten tekst prawie dwa tygodnie temu. W głowie miałam idealnie okrągłe zdania, oddające istotę złożonego konstruktu myślowego, który pojawił się po kolejnym intensywnym weekendzie w Krakowie. Idealne zdania – tak wydaje się zawsze, dopóki nie próbuję ich zapisać. Wówczas w magiczny sposób uciekają z głowy, w której były tylko w tym momencie, gdy akurat nie miałam jak ich zapisać.

Tydzień później coś na kształt weny powróciło, ale znów nie znalazłam chwili, żeby wystukać na klawiaturze najważniejszy bieg myśli. Życie bezlitośnie stawia nas w sytuacji: liczy się to, co tu i teraz. Tylko TU i TERAZ tak naprawdę się liczy.

Mniej więcej

Niecałe dwa tygodnie temu kolejny raz spędziłam niedzielne popołudnie na krakowskich plantach. Razem z Zupą wpadłam porozmawiać i pobyć z osobami bezdomnymi lub tymi którym – pomimo dachu nad głową – trudno się wiedzie. Długo mnie tam nie było. Ponad trzy miesiące przerwy i wcześniejsza nieregularność sprawiły, że osoby, które zapamiętałam z wcześniejszych spotkań, prawdopodobnie mnie nie rozpoznały. Ja jednak rozpoznałam dwóch panów do których bardzo chciałam podejść. Nie udało mi się.

Jednym z założeń Zupy jest budowanie rodzaju relacji między wolontariuszami a „Orłami”, czyli gośćmi Zupy. Gośćmi i gospodarzami zarazem, bo trudno wyobrazić sobie kółko, na którym się spotykamy bez nich – bezdomnych, panów tego miejsca. Budowanie relacji opiera się na jednej zasadzie: jesteś. Im więcej ciebie, tym większa szansa na stworzenie jakiejś więzi. Im mniej ciebie, tym większa szansa na zaufanie, bo gdy przestajesz być a zaczynasz słuchać stwarzasz przestrzeń dla Innego. Ważne zatem abyś był i słuchał. Możesz oczywiście mówić, ale nie zagadywać, przegadywać. Paplanie jest dużym problemem, choć wielu z nas maskuje w ten sposób niezręczność czy nieśmiałość. Orły pewnie mają podobnie.

Chodzi o to, żeby być i spotykać się w miarę regularnie z tymi samymi osobami. Jak na wielkiej imprezie – gdy za każdym razem rozmawiasz z kimś innym, nikogo tak naprawdę nie poznajesz. Jeśli raz na jakiś czas podejdziesz do tej samej osoby, zwiększasz szansę, że już coś o sobie wiecie i możecie iść „o krok dalej”. Jeśli widujesz się z kimś co tydzień, prawdopodobieństwo relacji rośnie.

Dlatego chciałam odnaleźć panów których już poznałam i o których wiedziałam coś więcej. W głowie miałam wbity cel, że wtedy moje bycie tu coś więcej znaczy. Tymczasem spotkałam pana Waldka, który stał i opowiadał dyrdymały o tym, jak to zagadał na plantach do prezydenta Jacka, z którym siedział razem w szkolnej ławie. Albo jedną z aktorek, która była siostrą córki jego szwagra i tak naprawdę nie tak dawno temu pożyczała od niego literaturę, jaką obdarzał hojnie elitę krakowską. Stałam, słuchałam, uśmiechałam się i myślałam kiedy skończy, żebym zdążyła jeszcze odszukać „moich” panów i zamienić z nimi zdanie.

Nie zdążyłam.

Dużo „fajniej” jest pomagać, kiedy czujesz, że coś robisz. Nie wtedy, gdy wiesz, że jedynym powodem, dla którego pan Waldek do ciebie mówi, jest to, że jesteś młodą ładną blondyneczką (nie będę fałszywie skromna), która się do niego uśmiecha i wytrwale słucha, o czym on opowiada, mimo że wewnętrznie zupełnie mnie to nie interesuje. Dużo fajniej się pomaga, kiedy czuję, że moja obecność wnosi „coś więcej”, mogę coś w temacie odpowiedzieć a i ja mam jakąś przyjemność z rozmowy, gdy dowiaduję się choćby o niuansach życia na ulicy czy poznaję fragmenty historii, która sprawiła że mój inteligentny rozmówca trafił na margines.

Ale gdy pomagam nie chodzi o mnie.

A czasami wystarczy być i słuchać. Mniej znaczy więcej.

 

Dlatego zawiesiłam pisanie.

Weszłam w nowy etap życiowy i zwyczajnie nie starcza mi czasu. Miałam ambitne plany organizacji Sylwestra dla osób bezdomnych, pisania artykułów na portale internetowe, zorganizowania kółka dziennikarskiego, regularnego trenowania frisbee. Tymczasem już prawie nie pojawiam się w social mediach, nie byłam na treningu od półtora miesiąca, pranie nastawiam dopiero wtedy, gdy dostrzegam, że skończyły mi się czyste skarpetki, stanowczo za rzadko widuję się z chrześniakiem i przyjaciółmi. Listę „to do” mogłabym mnożyć.

Jestem w moim tu i teraz, i to, co dzieje się na co dzień jest dla mnie zbyt – albo wystarczająco – ważne, żebym odpuściła te wszystkie pozostałe rzeczy. Może jeszcze kiedyś wrócę. Może jak skończę studia i nie będę już tak często jeździć do Krakowa 😉

Na razie to moje: mniej więcej.