Basia, dziewczyna mojego znajomego, pracowała w galerii handlowej na stoisku z pączkami. Dorywcza praca dla studenta, w której można złapać kontakt z panią Grażynką z mięsnego, panem Wieśkiem z ochrony czy Waldkiem i Zdzisią siedzącymi na kasie za najniższą krajową. Może dlatego przy którejś przerwie na fajkę zagadał do niej jeden z typów, kręcących się przy wejściu do galerii, wiecznie lawirujących pomiędzy byciem „w”, a wychodzeniem na zewnątrz (gdy ochrona znów wygoni).
Nie wyglądał jak „typowy”. Nie czuć było od niego alkoholu ani przepoconych ubrań, wzrok miał stosunkowo przytomny i właściwie był nawet całkiem zadbany. Gdyby nie widywała go tu dzień w dzień, mogłaby nawet pomyśleć, że to jeden z klientów galerii, albo pracowników zaplecza. Zapytał o fajkę i jakoś tak zaczęli rozmawiać.

Pochodził z Białegostoku. Skończył inżynierię materiałową, dostał pracę, ożenił się, kupili dom. Urodziła mu się córka i syn, był osiemnaście lat po ślubie. Od pół roku na ulicy. Żona zdradzała go z najlepszym przyjacielem. Gdy się dowiedział, wyszedł z domu, nie zabierając ze sobą niczego. Pojechał na drugi koniec Polski. Zostawił wszystko co miał. Bez papierów, pieniędzy, telefonu, pracy, dachu nad głową.

 

Ta historia zakończyła się szczęśliwie, jeśli można tak nazwać dalsze losy zdradzonego mężczyzny. Po namowach Basi odszukali przez Facebooka jego dzieci. One zaś nakłoniły go i po jakimś czasie wrócił do rodzinnej miejscowości. Bez żony, ale z dziećmi zaczął budować życie na nowo.

Ta historia wydarzyła się naprawdę, zmieniłam w niej tylko kilka nieistotnych szczegółów. Nie wiem jakie historie kryją się w twarzach tych ludzi, z którymi spędziłam Sylwestra. Być może byli mniej niewinni, bardziej niezaradni, głupi, lekkomyślni, lub nie mają rodziny, do której mogliby wrócić. Nie wiem, nie pytałam.

Trudno spytać człowieka stojącego naprzeciw Ciebie, dlaczego tu jest. Dlaczego miejscem, w którym spędza ostatni dzień roku jest Sylwester z Ubogimi. Co poszło „nie tak”.

Przyszli ładni, nieśmiali, uśmiechnięci, niektórzy odświętnie ubrani, inni radośni i otwarci, sypiący żartami. Pan Janek z Częstochowy kilka razy wyrywał mnie na parkiet (pomimo mojego oporu i tłumaczenia, że nie mogę, że ja po kontuzji), zagadywał i nawet groził, że się ze mną ożeni. Nie wiem, dlaczego się tu znalazł, czy mieszka na ulicy, czy jest domny, ale ubogi. Pan Feliks przyszedł z obstawą 4 koleżanek i choć – w przeciwieństwie do nich – urzekał swoją nieśmiałością, to jako jedyny w tym gronie niemalże nie schodził z parkietu.

Całe to towarzystwo składało się na przedziwną mieszankę młodych, rześkich wolontariuszy, kilku sióstr i kleryków, ludzi starszych, schorowanych, wyniszczonych przez życie i innych, których można by pomieścić gdzieś pośrodku tego podziału. Ktoś ze znajomych zapytał mnie później, jak wytrzymywałam ten zapach. Przez chwilę nie mogłam zrozumieć o co chodzi. Nie, nie śmierdzieli. Nie walili wódą, nie mieli na sobie przepoconych ubrań. Gdybym spotkała ich na ulicy, nie zgadłabym, że mają jakiś „problem”. Może spotykasz ich na ulicy i nawet nie wiesz, że mają jakiś „problem”.

Sylwester z Ubogimi to nie tylko bezdomni. To także ubodzy domni i wolontariusze. Całkiem ładna rodzina. Bariera między tymi światami nie istnieje i oczywiście istnieje. Nie zawsze wiadomo było o czym rozmawiać. I choć ja byłam akurat przy organizacji w sekcji logistycznej, to kilka razy próbowałam zagadać do naszych gości, ale nie bardzo wiadomo było o czym. Wzajemna nieufność i nieznajomość drugiego środowiska nie sprzyja nawiązywaniu relacji, trzeba więc było trochę się nagimnastykować, żeby nawijać o pogodzie trochę dłużej niż standardowo rozmawia się o pogodzie. Ale tak naprawdę chyba to nie było istotne. Wystarczyło być, mówić, uśmiechnąć się, pokazać, że ten drugi człowiek jest ważny. Nawet jeśli na co dzień świat zdaje się pokazywać coś zupełnie innego.

Nic spektakularnego się nie działo. Wolontariusze dzień wcześniej przyozdobili salę gimnastyczną, w której odbyła się impreza, dwóch DJ-ów wodzirejów inicjowało ruch na parkiecie, sekcja kuchenna i kelnerska dostarczała na stoły ciepłe i zimne jedzenie. Sylwester z Ubogimi w Krakowie ugościł w tym roku prawie 80 indywidualnie zaproszonych gości – to idea, która ma pomóc im poczuć, że są wyjątkowi, nie stanowią jedynie bezimiennej „masy”, niezauważanej przez społeczeństwo. Jedliśmy, rozmawialiśmy, tańczyliśmy. Przed północą poszliśmy do kościoła na konferencję i adorację, a równo o północy rozpoczęliśmy mszę świętą.

Znajomy zapytał mnie – jak to, Sylwester bez alkoholu, bez toastu o północy i fajerwerków?

Alkoholu nie było.

Fajerwerków nie było?

To ja z panem Jankiem. Bardzo domagał się zdjęcia i dzięki temu to jedyne, jakie mam. / fot. Małgorzata Różycka