Obudziłam się chwilę po 5 rano. Miałam tego dnia mnóstwo rzeczy do zrobienia, więc uznałam, że nie idę spać dalej, mimo że była niedziela. W głowie majaczyła mi myśl: a co, gdyby dziś był mój ostatni dzień? I nie była to myśl pełna niepokoju, smutku czy czegoś w tym rodzaju. Taka bardzo spokojna refleksja – a co jeśli. Na dworze majaczyło jeszcze nie do końca wstające słońce, mróz i niebo, które dawało nadzieję, na piękny dzień. Od kilku dni kiepsko się czułam, wieczorne zawroty głowy sprawiały, że wizja – a co jeśli – wcale nie była dla mnie tak nierealna, kilka razy zdążyło przemknąć mi przez głowę, że jak nie usiądę, to zemdleję. Jak zemdleję, to w mieszkaniu nie ma nikogo, jak uderzę głową w zlew, to nie wiadomo czy i w jakim stanie ktoś mnie w końcu znajdzie. Głupie myśli, które z powodu fatalnego samopoczucia przez kilka dni przychodziły do głowy.

I ten poranny spokój. Wizja – a co jeśli – wypełniona raczej poczuciem, że nie warto iść spać, muszę wykorzystać ten dzień od początku do końca, nacieszyć się nim na maksa. Kilkukrotnie wychylałam głowę na balkon, sprawdzając czy słońce już wstało i chowałam ją przed mrozem do ciepłego pokoju, upewniając się, że jeszcze nie, muszę chwilę poczekać.

O dziesiątej miałam już ugotowaną zupę i pokrojone bataty, na obiad dla babci i rodziców. Piękne zimowe słońce napełniało spokojem i wdzięcznością za to, czego doświadczam.

 

Przez kilkanaście dni budziłam się wcześnie rano, bez nastawiania budzika. Nieważne jak późno poszłam spać i jak bardzo byłam zmęczona, jakaś wewnętrzna energia i imperatyw, którego nie potrafię do tej pory nazwać, kazał mi wstawać i robić to, co robić trzeba. Dziś po raz pierwszy usłyszałam budzik, który – o dziwo – zadzwonił wcześniej, niż sama wstałam.

Dziś, 20 marca, jest międzynarodowy dzień szczęścia. Podobno, gdzieś słyszałam.

Chcę z tego powodu powiedzieć coś zupełnie nieodkrywczego. Jedynego w swoim rodzaju, coś, co mówiło już wiele osób przede mną i jeszcze wiele powie:

A co jeśli?

 

Jeśli kolejnego dnia obudzisz się jedynie z tym, za co podziękowałeś.

Jeśli pewnego dnia usłyszysz, że osoba, której obecność wydaje się taka oczywista, już nie otworzy więcej oczu i niczego więcej jej nie powiesz.

A co jeśli?

 

„Przypadkiem” – jak to nazywamy – trafiłam na bloga Jak nie teraz to kiedy? Jego autorka ma pewien ujmujący zwyczaj – wyszukuje w życiu drobnostki, drobiazgi, za które odczuwa wdzięczność i dzieli się nimi ze światem na swoim instagramowym koncie. Sądzę, że bardziej chodzi o dzielenie się z samą sobą, o wynajdywanie tego, co w życiu radosne, dobre, warte uwagi. Banalna sprawa, ale wierzę, że pomaga gromadzić dobro bliżej, bardziej je chłonąć, obserwować, umacniać w sobie.

Od wielu dni dzięki niej myślę o tym, za co czuję wdzięczność. Choć zawroty głowy mi przeszły, choć moje – a co jeśli – obrało niespodziewany bieg, zamieniając się w – a co jeśli – należące do kogoś innego, odbierając całej rodzinie głos i oddech. Tym bardziej chcę pielęgnować wdzięczność. Za rodzinę. Za tych, którzy odeszli. Za przyjaciół i za to, że wracając z nieudanego spotkania, mam do kogo zadzwonić i wyżalić się, że świat nic nie rozumie. Za energię, która sprawia, że wstaję i nie muszę dopijać piątej kawy żeby chciało mi się żyć. Za rozmowy, które sprawiają, że nie chce mi się siedzieć w internecie i zapominam załatwić abonament na te usługi. Za to, że mogę pokłócić się z tatą, bo jest jedną z tych osób, z którymi nie mam oporów się konfrontować. Za to, że ciągle uczę się cierpliwości gdy patrzę jak rodzice jedzą kolejne ciastko, a przecież mieli być na diecie. Za pociągi, które – pomimo opóźnień – pozwalają mi ciągle być gdzieś indziej i rozdzielać to moje „miejsce w świecie” na pomiędzy „tu” i „nigdzie”. Za 10568 wschodów słońca, które – mimo że nie wszystkie widziałam – dotychczas przeżyłam w zdrowiu i mogę potwierdzić że świat się jeszcze nie skończył i mam nadzieję współgrać z nim dalej.

Noszę wdzięczność, choć wiele niewdzięczności w świecie. Choć niczego nie mogę być pewna.
Bo co, jeśli.