Szybki tort, kawiarnia, symboliczna świeczka i urywane rozmowy o podwyżkach nauczycieli, środzie popielcowej, Duchu Świętym, maskotce królika i rodzinnych perypetiach. Wcześniej praca, szkoła, fizjoterapeuta, mieszkanie, korepetycje i przyspieszony spacer po kościele z mamą. Nawet nie wiedziałam, że tak po mnie widać i że wystarczy jedno pytanie, żeby mi się ulało. Złość, bezsilność, frustracja, serce trochę złamane diagnozą, a trochę brakiem celu i perspektywy.

Na szczęście wiem, że smutek jest potrzebny. Czasami bez niego się po prostu nie da. Gdyby nam coś w życiu nie doskwierało, nie uwierało tak, że nieustannie drażni i nie da się tego po prostu zatuszować alkoholem, wyjściem na siłownię czy jedną rozmową z przyjaciółką, być może nigdy byśmy nie doszli do tego, co nam tak naprawdę potrzebne i co pozwala – aczkolwiek nie bezboleśnie – pójść dalej.

Czasem po prostu bywa się smutnym. I to nie jest nic złego.

 

 

Kilka lat temu pewna dobra i mądra osoba powiedziała mi, żebym – szczególnie kiedy będzie trochę trudno czy smutno – czasem stanęła i spojrzała w przestrzeń. I odetchnęła świeżym powietrzem. Głęboko. I żebym wtedy pomyślała, że po prostu dobrze jest żyć. I że jeszcze będzie dobrze. Zawsze jeszcze jest.

Dziś ta osoba ma urodziny. I nawet jeśli trochę smutno – nieważne, bo to chwilowe. Bo tak naprawdę najważniejsze że jest. Dobrze, że Ona jest.

Dziękuję.